Śmieciowe jedzenie

slodyczeWiele dziwnych ustaw już w Polsce widzieliśmy, ale ta o której dziś napiszę jest z pewnością w czołówce tych najbardziej absurdalnych. Mowa o ustawie, która będzie zabraniać sprzedaży tzw. „śmieciowego jedzenia” w sklepikach szkolnych. Niby na pozór cel tej ustawy jest słuszny i z tą ideą zgadza się zdecydowana większość Polaków. Jednak im bardziej zagłębimy się w tę ustawę tym jest coraz śmieszniej…

Zacznę może od tego po co taka ustawa jest wprowadzana. I tu z pomocą przychodzi nam… kalendarz. Tak, kalendarz. Otóż za miesiąc mamy wybory samorządowe, więc ustawa która kilka lat błąkała się po sejmowych komisjach nagle dziwnym trafem została w końcu przegłosowana. Ale ktoś może powiedzieć (i słusznie), że w ten sposób to zawsze będzie można coś komuś zarzucić, a może intencje były dobre. Skoro ta ustawa jest tak ważna jak przekonują nas posłowie to spójrzmy może kiedy ta ustawa zacznie obowiązywać. Otóż nie będzie to 14-31 dni po podpisaniu przez prezydenta. Nie będzie to też normalny termin np. 1 stycznia. Ustawa zacznie obowiązywać od września 2015. Cóż za przypadek, głosowanie populistycznej ustawy odbyło się na miesiąc przed wyborami samorządowymi, a wejdzie w życie (by przypomnieć się wyborcom) na miesiąc przed wyborami parlamentarnymi. Szczerze? To już reklamy piw bezalkoholowych „;)” były bardziej dyskretne. Ale to tylko moje luźne spojrzenie. Najciekawsze jednak przed nami.

Już wiemy, co kierowało posłami do stworzenia ustawy, więc spójrzmy na to co nam przygotowali. Pewnego słonecznego dnia trzeba było w końcu ustalić co to jest „śmieciowe jedzenie”. I tu trzeba przyznać, że posłowie zabierali się do tego wyjątkowo nieporadnie, bo trochę ich ograniczała wyobraźnia, do tego pewne pomysły blokowały przepisy unijne i nasze krajowe prawo. Nie można ot tak wpisać, że zabrania się np. batonów, więc wpadli na z pozoru dobry pomysł – określenia ile np. tłuszczu czy cukru charakteryzuje taki „śmieciowy produkt”. Pech jednak chciał, że matka natura nie sprzyja posłom. Przez długi czas obostrzenia ustawy którymi kierowali się politycy zakazywały np. jabłek, bananów czy jogurtów – to ze względu na cukry w nich zawarte. Ktoś to chyba zauważył i w ostatniej chwili przygotowano „gołą ustawę” skreślając te wszystkie najważniejsze parametry, a ciężar określenia co jest niezdrowe przerzucono na Ministerstwo Zdrowia. Czyli rzucono ludziom przed wyborami jakiś bubel, a sedno sprawy jest nadal nierozstrzygnięte. Przypomina mi to zachowanie dziecka, które coś popsuje i stara się to na tyle wizualnie naprawić, by to samo popsuło się przy drugiej osobie i by to ona była za to winna.

A teraz przejdę do samej ustawy. Z jednej strony śmieszy mnie ta sprawa, z drugiej martwi. Posłowie coraz częściej zaczynają się wtrącać w nasze życie prywatne i my na to wszystko się niebezpiecznie zgadzamy. Z wyjątkową łatwością politycy zaglądają ludziom do łóżek, teraz będą także zaglądać na talerze. Niektórzy posłowie w swojej wizji wolnej Polski na tyle odpłynęli, że chcą legalizacji marihuany i jednocześnie głosowali za zakazem sprzedaży chipsów w szkole. Absurd pogania absurd. Wierzycie w ogóle, że ta zmiana coś da? Wierzycie, że w kraju w którym 10-15 latkowie śmiało piją piwo i palą papierosy uda się zabronić jedzenia batoników w szkole? Jak zwykle posłowie odfrunęli i totalnie nie znają rzeczywistości która nas otacza. Zacząłbym od tego, że sklepiki szkolne to nie jest jakieś oblegane miejsce, bo zazwyczaj po drugiej stronie ulicy jest sklep lub supermarket. Taki sklepik szkolny już dziś nie ma szans rywalizować cenowo z supermarketem, a teraz dodatkowo przegra tę walkę przez mniejszy asortyment. Proponuję każdemu posłowi sprawdzić jakie są tłumy podczas długiej przerwy w pobliskim supermarkecie. Nie chcę się bawić w strzelanie, ale śmiem twierdzić że zakupy w sklepiku szkolnym to naprawdę marginalna sprawa. Na tyle marginalna że wiele szkół takiego sklepiku po prostu nie ma. Walka z żywnością w sklepiku jest tak samo głupia jakby walczyć o czyste powietrze produkując ułamek światowego CO2 (oh wait…).

Ja też jestem za tym, by nasze dzieci jadły zdrowo, ale ta ustawa w ogóle tego nie załatwi. Daje ona niestety fałszywe poczucie spokoju dla rodziców, którzy zamiast dać dziecku kanapkę czy owoc wolą rzucić 5zł do plecaka. Tworzymy kolejne martwe prawo pod publiczkę. Pamiętacie jak kilka tygodni temu niszczyliśmy jabłka (i chyba nadal to robimy), bo nie sprzedały się do Rosji? Ci którzy te jabłka sprzedali zostali wręcz nazwani frajerami. A co szkodziło rzucić te jabłka do szkół, ustawić jakąś skarbonkę na cele charytatywne i sprawić by dzieci brały jabłka i wrzucały jakieś drobne? W ilu szkołach są automaty z czekoladą, a w ilu z sokami? Może zacznijmy promować i stawiać na zdrową żywność, a nie zabraniać jedzenia słodyczy. Zresztą moi drodzy – o czym my tu w ogóle mówimy… Idę do sklepu, chcę kupić kiełbasę, a tam zamiast kiełbasy z mięsa mam MOM, pędy bambusa czy też tłuszcz wieprzowy. Otyłość wśród dzieci i dorosłych nie bierze się z batonika w sklepie szkolnym, tylko ze śmieciowego jedzenia które mamy na naszych stołach. Jakość naszej codziennej żywności leci na łeb na szyję, a my się zajmujemy debatą czy jogurt owocowy może być w sklepiku szkolnym czy nie. Nie mogę normalnie kupić masła, bo muszę walczyć z „osełkami, masełkami, mixełkami”, które w dodatku mają takie same opakowania. Nawet kupując mleko trzeba uważać, bo przypadkiem można kupić białą wodę z 3,2%-towym dodatkiem tłuszczu roślinnego. O tym, że w wędlinach jemy sól przemysłową i do dzisiaj nie wiemy jakie firmy stosowały (stosują?) ten trik to już przemilcze. Śmieciowe jedzenie nie króluje w szkole, tylko w domu i to często bez naszej wiedzy. Oczywiście jak ktoś lubi takie rzeczy kupować to niech kupuje, nie chcę zakazu tych produktów. Ale uważam, że powinno być jasno oznaczone co jest kiełbasą, a co podróbką, tak żeby nawet starszy człowiek nie musiał z lupą chodzić na zakupy. Swoją drogą jak to jest, że na polski rynek trafiają produkty gorsze jakościowo od tych, które trafiają do Niemiec i to nawet w ramach tej samej marki? A najlepsze jest to, że często produkcja tych artykułów zarówno na rynek niemiecki jak i polski jest właśnie w naszym kraju. O i to są prawdziwe problemy polskiej żywności, a nie jakieś bzdury którymi się zajmujemy przed wyborami.

Tak przy okazji – idzie zima. Tak jak jedzenie słodyczy w szkole jest niezdrowe, tak samo niezdrowe jest chodzenie do szkoły bez czapki i szalika. Czyżby więc trzeba było zrobić ustawę nakazującą nakładanie czapek i szalików? Już widzę jak posłowie zacierają ręce na ten pomysł. Oczywiście zawartość bawełny i to czy czapka ma być z pomponem czy bez zostawią w gestii Ministerstwa Zdrowia. W ogóle to najlepiej jeszcze żeby wszystkie dzieci miały te same czapki, żeby przypadkiem ktoś nie czuł się pokrzywdzony, że ma inną. A wiecie co jest najlepsze – dzisiaj sobie z tego żartuję, ale jak podchwyci to jakiś poseł to za rok państwo będzie rozdawać czapki „za darmo”. A jak będą zbliżać się wybory to te czapki będą jeszcze odblaskowe…

Posted in Inne and tagged , .

4 Comments

  1. Ooo Panie, toż to jest jeden z najlepszych tekstów tego tygodnia w polskiej sieci. Akapit o czapkach mnie rozbroił kompletnie, ale 100% racji!

  2. A ponoć mamy wolność od 25 lat, a tu widać ktoś skrócił zdanie , bo powinno być coraz mniej wolności. Ciągle chcą moralizować społeczeństwo ustawami, bo się boją, że ludzie samodzielnie zaczęli by myśleć i wymyślili by że niepotrzebni są ci politycy do niczego.
    Przecież ustawę można przepracować na blogu( jak teraz w komisjach) i przegłosować przez internet przez większość społeczeństwa w kilka chwil.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.